„Kler”: ani antykościelny, ani wybitny

maxresdefaultW ramach największego i najważniejszego na Litwie festiwalu filmowego „Kino Pavasaris” wileński widz miał możliwość obejrzeć „Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Przyznaje bez bicia: szedłem obejrzeć ten film trochę z duszą na ramieniu. Bądź co bądź jest to jeden z najpopularniejszych polskich filmów ever (od września obejrzało go już blisko 5 milionów Polaków) i wzbudzający najwięcej kontrowersji. W niektórych miastach w Polsce nawet zabroniono jego wyświetlania w kinach. Obawiałem się konfrontacji z obrazem wobec którego felietoniści, komentatorzy, recenzenci i widzowie są podzieleni pół na pół: jedni film uwielbiają, inni – nienawidzą. Pierwsi uważają film za wybitny, bo dowalił znienawidzonemu Kościołowi. Drudzy – za szmirę, bo naruszył tabu, iż o Kościele, jak o zmarłych, albo dobrze, albo wcale. Po obejrzeniu „Kleru” muszę przyznać, że jestem zaskoczony, jak… mało mnie ten film wzruszył. Po najlepszych obrazach Wojciecha Smarzowskiego – „Weselu”, „Róży”, „Drogówce”, „Domu złym” – wychodziło się z kina w swego rodzaju oszołomieniu, jak gdyby ktoś zdzielił cię wiosłem w głowę. Po „Klerze” wyszedłem sobie spokojnie i udałem się do domu. Tak, „Kler” porusza ważne tematy: korupcji, instrumentalnego traktowania religii przez kościelnych hierarchów, pedofilii i alkoholizmu księży, nawrócenia… Problem w tym, że porusza je w sposób szablonowy i schematyczny. W gruncie rzeczy kontynuuje tym samym linię, która była widoczna już w „Wołyniu”. Smarzowski już nie epatuje złem, jak miał w zwyczaju w swoich pierwszych filmach, których celem – tak mi się wydaje – było ukazanie zła czającego się w człowieku bez cenzury, upiększeń i usprawiedliwień. Teraz Smarzowski próbuje zrozumieć, gdzie tkwią korzenie tego zła. Niestety robi to z talentem i gracją studenta I roku psychologii college’u w Ucianie. A wynikiem tych prób są coraz słabsze filmy.

„Kler” opowiada losy trzech przyjaciół. Ksiądz Leszek Lisowski (Jacek Braciak) jest pracownikiem kurii w dużym mieście. Marzy on o przeniesieniu do Watykanu, jednak staje mu na drodze arcybiskup Mordowicz (Janusz Gajos), który używając swoich politycznych wpływów buduje największe w Polsce sanktuarium. Ksiądz Tadeusz Trybus (Robert Więckiewicz) jest wiejskim proboszczem, który zmaga się z ludzkimi słabościami (alkohol, kochanka). Ksiądz Andrzej Kukuła (Arkadiusz Jakubik) żarliwie wierzy, jednak pod wpływem wydarzeń w swojej parafii (zostaje oskarżony o pedofilię) traci zaufanie wiernych. Świetna gra świetnych aktorów nie może jednak uratować słabego scenariusza, pełnego dziur i niedomówień. Z jednej strony film jest pełen dwuznaczności, które pozwalają potraktować głównych bohaterów i jako złoczyńców, i jako ofiary takiego a nie innego zbiegu okoliczności, z drugiej zaś – sztampowych ujęć, które być może przed stu laty można było uznać za obrazoburcze (vide jedna z końców scen filmu, w której skorumpowany arcybiskup Mordasiewicz chleje wódkę z współpracownikami, przedstawiona jako karykatura na  „Ostatnią Wieczerzę”), a dziś wypada jedynie skwitować wzruszeniem ramion.

Bardzo cieszę się, że „Kler” trafił na ekrany litewskich kin, a sale były wypełnione po brzegi (nie tylko Litwinami, jak to jest w wileńskim zwyczaju na polskich filmach, ale i lokalną polską elitą). Jak de facto każdy film Smarzowskiego jest wart obejrzenia. Wbrew temu, co twierdzą przeciwnicy „Kleru” – nie jest to film antykościelny. Przeciwnie jest to obraz bardzo… chrześcijański. Stawia ważne pytania, jest doskonale zrealizowany, grają w nim świetni aktorzy. Jednak Smarzowski tak długo dzieli w nim włos na czworo, tak stara się wypośrodkować narrację, że w wyniku tych wszystkich reżyserskich zabiegów widz dostaje obraz… banalny. No bo czy nie wiedzieliśmy przed „Klerem” o powiązaniach kościelnych hierarchów z politykami? A może nie słyszeliśmy o przypadkach pedofilii wśród księży czy okrutnego traktowania dzieci w sierocińcach? Nigdy nie spotkaliśmy księdza-alkoholika lub księdza utrzymującego kochankę? Mogę na samej Wileńszczyźnie podać z dziesięć przykładów lokalnych trybusów, kukuł i lisowskich. Dla mnie problemem „Kleru” jest fakt, że jego przesłanie sprowadza się w zasadzie do lapidarnego: ludzie są dobrzy, złe są instytucje, a więc każdy ma szansę się nawrócić. Aby dojść do takiego wniosku, nie potrzebuję skandalicznego filmu. Wystarczy przeczytać ewangeliczna przypowieść o synu marnotrawnym.

W Polsce film Wojciecha Smarzowskiego musiał wywołać skandal, bo polskie kino w taki sposób jeszcze o Kościele nie mówiło. Jednak w kinie światowym temat powiązań Kościoła z polityką czy pedofilii księży – nie jest tematem odkrywczym. Co więcej są filmy, które autentycznie wzruszają, zmuszają do refleksji i działania bez szablonowych tricków i schematycznych podpaleń. Dla mnie takim filmem w swoim czasie był „Spotlight” Toma McCarthy’ego, opowiadający autentyczną historię dziennikarza Waltera Robinsona z bostońskiego dziennika „The Globe”, który nie tylko opisał wypadki molestowania dzieci przez księży, ale i udowodnił, że amerykański Kościół przez lata nie robił nic, by to zjawisko ograniczyć, a jego standardową reakcją było przesunięcie księdza do innej parafii, żeby tam znalazł sobie następne ofiary, oraz uciszanie ofiar poprzednich, pieniędzmi lub pogróżkami. „Spotlight” – mimo iż nie ma w nim ani potoku „k…w”, ani strumieni alkoholu – zmuszał widza do nowego spojrzenia na wszystko, co dotychczas wiedział o problemie. „Kler” jedynie utwierdzi widza w tych, przekonaniach, które miał przed seansem filmowym.

 

Alleluja i do przodu

„Pogłoski o mojej śmierci były mocno przesadzone” – te słowa jak ulał pasują do wyników Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej w wyborach lokalnych. Po I turze wiele osób zwracało mi uwagę, że gdybym wystartował z innego ugrupowania lub komitetu – zdobyłbym mandat radnego. Możliwe, że miały rację. Jednak mandat (przynajmniej dla mnie) nigdy nie był celem samym w sobie, a tylko środkiem. Celem zaś jest wpisanie praw mniejszości narodowych do agendy podstawowych litewskich sił politycznych i rozwiązanie tych kwestii. ¼ merów, blisko 14 proc. głosów i drugie miejsce pod względem liczby zdobytych mandatów po konserwatystach – te liczby świadczą dobitnie, że LSDP nadal pozostaje jedną z dwóch najbardziej popularnych partii politycznych na Litwie i jedyną prawdziwą alternatywą po lewej stronie litewskiej sceny politycznej. I dzięki staraniom moim, Roberta Duchniewicza, Karolisa Dambrauskasa, Walentina Gawriłowa i wielu innych – jest to obecnie ugrupowanie najbardziej przychylne wobec mniejszości narodowych. Wspomniane wyżej słowa Marka Twaina pasują jednak nie tylko do socjaldemokratów, ale i do Remigijusa Šimašiusa. Już rok temu słyszałem, że Šimašius się skończył, że poza wycięciem kilku tui nie ma żadnych osiągnięć, że wilnianie są nim zmęczeni. A tymczasem w cuglach po raz drugi z rzędu wygrał z Artūrasem Zuokasem! Powiem uczciwie, że nie miałem co do tego, że wygra żadnych wątpliwości, ale nawet ja obstawiałem wynik bardzo równy, jakieś 55:45 lub nawet 52:48. Szczególnie że Zuokas przeprowadził naprawdę bardzo pomysłową, aktywną, populistyczną i… cholernie drogą kampanię wyborczą. A jednak wilnianie nie dali się nabrać na bezpłatny transport miejski i Šimašius zdobył 60 proc. głosów! Wydaje mi się zresztą, że te wybory to już koniec Zuokasa i jego ugrupowania w litewskiej polityce. 

Sukces Šimašiusa – podobnie jak jego zwycięstwo w roku 2015, gdy zdobył prawie 63 proc. głosów – cieszy mnie z jednego prozaicznego powodu: to zwycięstwo tolerancji nad nacjonalizmem. W 2015 roku Šimašius nie bał się twardo opowiedzieć się po stronie tzw. polskich postulatów, gdy tymczasem Zuokas żerował na nacjonalistycznej retoryce obrony litewskości Wilna (będąc jednocześnie w nieformalnej przedwyborczej koalicji z AWPL-ZChR!). W 2015 roku w programie wyborczym Šimašiusa tych akcentów promniejszościowych było jakby mniej i nie były już tak akcentowane, ale u Zuokasa nie było ich wcale. Poza tym Zuokas zawiązał formalną koalicję przedwyborczą z nacjonalistyczną partyjką Jaunoji Lietuva. Owszem twierdził, że jest to „koalicja techniczna” (cokolwiek by to miało znaczyć), ale fakt pozostaje faktem: szedł na wybory z partią, której liderzy jeszcze przed 4 laty próbowali zdobyć mandaty w wileńskiej Radzie Miejskiej pod hasłem „Wilno bez czerwonych (lewicy), błękitnych (homoseksualistów) i taboru cygańskiego”. Cieszę się, że po raz drugi z rzędu ten flirt z nacjonalizmem się nie opłacił, bo to oznacza, że postępuje normalizacja litewskiej polityki. O tej normalizacji świadczy i już wspomniany sukces socjaldemokratów – litewski wyborca zaakceptował nowe, bardziej lewicowe (w tym także promniejszościowe) oblicze LSDP.

Przed Šimašiusem stoją teraz trzy kolosalne wyzwania.

Po pierwsze, musi przywrócić Wilnu wielkość. Można na wszelkie sposoby zaklinać rzeczywistość, że Kowno nie jest dla stolicy żadnym konkurentem, jednak fakt pozostaje faktem: wilnianie chcą jakieś dużej, jednoczącej wszystkich idei. Niech to będzie Stadion Narodowy lub fabryka Tesli, ale Wilno powinno pokazać, że nadal pozostaje miastem ambitnym. Same dwujęzyczne tabliczki dekoracyjne czy wizyty w gay clubach – mimo, że świadczą o osobistej odwadze mera – już nie wystarczą.

Po drugie, musi zapewnić równomierny podział zysków z bycia litewską stolicą pomiędzy poszczególnymi dzielnicami miasta. Wilno jest najbogatszym, najszybciej rozwijającym się i najwygodniejszym z litewskim miast. Jednak podział tych profitów wcale nie jest równomierny. Od lat władze miejskie (i za Zuokasa, i za Šimašiusa) zaniedbują Nową Wilejkę, Nowe Miasto i Nowy Świat. Tak się składa, że są to dzielnice zwarcie zamieszkałe przez mniejszości narodowe. Nie trzeba więc się dziwić, że tylko w tych dzielnicach wygrał Zuokas. Wygrał nie zważając na flirt z nacjonalizmem – mieszkańcy głosując na niego wyrażali po prostu swój protest.

Po trzecie, musi zakończyć „feudalizację” polityki miejskiej. Od czasów Zuokasa, a być może i wcześniejszych polityka miejska wygląda następująco – koalicjanci dzielą pomiędzy sobą poszczególne obszary gospodarki miejskiej: oświatę, ochronę zdrowia, opiekę socjalną, gospodarkę komunalną. A następnie w każdej z tych dziedzin panoszą się tak jak chcą i umieją. W wyniku takiej „feudalizacji” mieliśmy w ubiegłej kadencji i przeforsowaną przez konserwatystów, a uderzającą w oświatę mniejszości narodowych reorganizację sieci wileńskich szkół, i „rejonizację” wileńskiej oświaty, gdy szkoły mniejszości narodowych – za przykładem praktyk stosowanych w rejonach wileńskim i solecznickim – stają się przyczółkami AWPL-ZChR, nauczyciele i uczniowie są zmuszani do uczestnictwa w imprezach organizowanych przez ZPL i Instytut Myśli Polskiej, a rodzice do przekazywania podatków na jedyną słuszną opcję i składania podpisów za Tomaszewskim.

Od tego, czy uda Šimašiusowi się tym wyzwaniom podołać, czy uda mu się udowodnić, że rzeczywiście reprezentuje nową jakość w litewskiej polityce – będzie zależał jego wynik w roku 2023. A więc: Alleluja i do przodu!

Tylko Šimašius (LT+)

uz_simasiuW niedzielę (17 marca) odbędzie się na Litwie II tura wyborów samorządowych. W Wilnie w walce o fotel mera litewskiej stolicy zmierzą się tradycyjni oponenci: Remigijus Šimašius i Arturas Zuokas. Niektórzy politolodzy mówią o pojedynku dwóch liberałów. I szczerze mówiąc nie bardzo rozumiem dlaczego. Liberałem w tym duecie jest jedynie Remigijus Šimašius. Arturas Zuokas – nie patrząc na to jakie słowa ma w nazwie swojej partii – już od dawna jest tylko pragmatycznym, wyrachowanym oportunistą politycznym, gotowym na współpracę z samym diabłem (w tym roku w jego roli występuje marginalna kowieńska partyjka nacjonalistyczna Jaunoji Lietuva, z którą Zuokas zawiązał w Wilnie koalicję), jeśli to pomoże mu zdobyć władzę. Nie zważając na to, że w tych wyborach kandydowałem z listy socjaldemokratów i popierałem w wyborach na mera Gintautasa Paluckasa (nadal uważam, że byłby o wiele lepszym prezydentem Wilna niż którykolwiek inny z kandydatów) – w drugiej turze będę bezapelacyjnie głosował na Remigijusa Šimašiusa. Podobnie jak w roku 2015.

Znamy się z Remigijusem Šimašiusem od wielu lat. Nie twierdzę, że z nim jest łatwo, ale zawsze bardzo ciekawie. Dla mnie to zawsze miało większe znaczenie niz komfort. Szanuję go za wizjonerstwo, które nigdy nie stało się (jak w przypadku Zuokasa) populizmem. Szanuję go za to, że zawsze jest gotów przyjąć osobistą odpowiedzialność za czyny swoje i swoich podwładnych. Szanuję go za to, że nie obraża się na krytykę. Ale w 2015 roku poparłem Remigijusa Šimašiusa z innego powodu: był pierwszym, liczącym się, litewskim politykiem, który przełamał na naszej scenie politycznej etniczny klincz programowy. Gdy Zuokas flirtował z AWPL-ZChR, i z nacjonalistami litewskimi (jednocześnie!), Remigijus Šimašius twardo opowiedział się za wszystkimi polskimi postulatami. I wygrał! Nigdy nie żałowałem, że udzieliłem mu wtedy poparcia, chociaż z niektórymi jego poczynaniami nie zgadzałem się. Nadal uważam, że popełnił błąd oddając w 2015 roku wileńską oświatę w ręce konserwatystów, co doprowadziło do sporu władz miejskich z polską i rosyjską wspólnotami szkolnymi. Częściowo ten spór został rozwiązany – pod naciskiem AWPL-ZChR i socjaldemokratów – w sierpniu 2017 roku, jednak nadal dwie szkoły mniejszości narodowych (im. Szymona Konarskiego i im. Aleksandra Puszkina nie uzyskały akredytacji jako tzw. długie gimnazja). Dokładnie takim samym błędem – moim zdaniem – było oddanie stołecznej oświaty w 2017 roku w ręce AWPL-ZChR, co prowadzi do jej „rejonizacji” (tj. wcielania w stolicy nagannych praktyk znanych z rejonów wileńskiego i solecznickiego, gdy samorządowi urzędnicy i politycy dyktują szkołom, w jakich imprezach mają obowiązek uczestniczyć). Krytykowałem te decyzje Šimašiusa niejednokrotnie i z ich powodu odmówiłem startu z listy jego komitetu wyborczego. Jednak Wilno – to nie tylko szkoły.

Šimašius, co prawda, nie zakładał miejskich linii lotniczych, nie budował metra i nie kupował wysp na Morzu Egejskim, jednak zrobił w ciągu tych czterech lat rzeczy o wiele ważniejsze. Nie tylko, jak mówi z przekąsem premier Saulius Skvernelis, wyciął tuje nad Wilią, ale też ustabilizował miejskie finanse, wprowadził więcej przejrzystości w zarządzaniu miastem. Więcej miejsc w przedszkolach, więcej ścieżek rowerowych, więcej zaasfaltowanych ulic. I – tuje się kłaniają – uporządkowano nareszcie nabrzeże Wilii. Bardzo cieszę się, że Šimašius – tak jak obiecywał w Polskim Klubie Dyskusyjnym w lutym 2015 roku – wprowadził w samorządzie obsługę klientów po polsku i rosyjsku. Cieszę się, że nareszcie mamy nie tylko stronę wileńskiego samorządu w językach polskim i rosyjskim, ale i dwujęzyczne tablice z nazwami ulic. Tak te wszystkie zmiany to nie tylko zasługa Šimašiusa, ale i całej drużyny. W tym koalicjantów (wśród których byli przez 4 lata i socjaldemokraci). Jednak to on był liderem tej drużyny i wyniki I tury wyborów samorządowych wyraźnie wskazują, że wilnianie nadal mu ufają i doceniają jego wysiłek.

Gdy pójdziecie w niedzielę na wybory – po pierwsze, sprawdźcie co proponuje w swoim programie wyborczym mniejszościom narodowym Remigijus Šimašius (m.in. dwujęzyczność w instytucjach samorządowych, oryginalną pisownię imion i nazwisk pracowników samorządowych, więcej polskich i rosyjskich napisów w Wilnie, walkę z hejtem), a co Artūras Zuokas. Być może będzie to dla Was zaskoczeniem, ale Zuokas o mniejszościach narodowych w swoim programie praktycznie nie wspomina. A po drugie, przypomnijcie w jakich warunkach szliśmy do głosowania w marcu 2015 roku: przez niesprzątnięte zaspy śniegu i śmieci, błoto i dziury w chodnikach. I rozejrzyjcie się dookoła teraz. Jeśli uznacie, że nic w ciągu ostatnich 4 lat nie zmieniło się na lepsze – głosujcie na Zuokasa. Jeśli jednak, tak jak ja, widzicie zmiany – wybór jest oczywisty. Tylko Šimašius.

LT SUMMARY: Nežiūrint į tai, kad šiuose savivaldybių rinkimuose kandidatavau socialdemokratų sąraše ir rėmiau Gintautą Palucką (ir dabar esu įsitikinęs, kad jis būtų geriausias Vilniaus meras iš visų kandidatų) – II ture nedvejodamas balsuosiu už Remigijų Šimašių. Lygiai taip pat, kaip ir 2015 metais.

Su Remigijumi Šimašiumi esame pažįstami daug metų. Nesakau, kad su juo lengva dirbti, bet tikrai labai įdomu. Man tai buvo visada svarbiau už patogumus. Gerbiu jį už vizijas, kuriuos (skirtingai negu pas Zuoką) niekada netapo populizmu. Gerbiu jį už tai, kad nevengia prisiimti atsakomybės už savo ir savo pavaldinių veiksmus. Gerbiu jį už tai, kad neįsižeidžia dėl kritikos. Bet 2015 m. parėmiau jį dėl kitos priežasties: tai buvo pirmasis įtakingas Lietuvos politikas, kuris sulaužė etninį klinčą Lietuvos politikoje. Kai Zuokas atvirai flirtavo su LLRA-KŠS ir lietuvių nacionalistais vienu metu, Šimašius nedviprasmiškai pasisakė visų esminių tautinių mažumų postulatų pusėje. Ir laimėjo. O po rinkimų savo pažadų, duotų Lenkų diskusijų klube, nepamiršo – Vilniuje atsirado ir galimybė kreiptis į savivaldybę lenkų, rusų, anglų kalbomis, ir dvikalbės lentelės su gatvių pavadinimais. Todėl niekada nesigailėjau, kad tuo metu jį parėmiau, net jeigu ne su visais jo administracijos sprendimais galėjau sutikti, o kai kuriuos (pvz., dėl kai kurių tautinių mažumų mokyklų) kritikavau.

Kai sekmadienį eisite balsuoti – prisiminkite, kokiomis sąlygomis balsuoti ėjome 2015 m., per nesurinktų šiukšlių ir sniego kalnus, pelkėtomis gatvėmis ir skylėtais pėsčiųjų takais. O dabar apsižvalgykite aplinkui ir jeigu nuspręsite, kad per 4 metus Vilniuje niekas nepasikeitė – balsuokite už Zuoką. Bet jeigu, kaip ir aš, matote pokyčius – pasirinkimas akivaizdus. Tik Šimašius.

 

Najwięcej stracili radykałowie

Politycy AWPL-ZChR bardzo często swoje – mówiąc delikatnie – dziwne zachowania I wypowiedzi tłumaczą mandatem, który otrzymali w wyniku tych lub innych wyborów. Logika jest mniej więcej taka: skoro ludzie na mnie głosowali i wybrali mnie na radnego, mera bądź posła – mogę robić, wypisywać i mówić, co chcę. Warto w tym kontekście spojrzeć na wyniki wyborcze poszczególnych kandydatów koalicji Waldemara Tomaszewskiego w wyborach do Rady Miejskiej Wilna. Jak wiadomo AWPL-ZChR/Alians Rosjan stracili tym razem blisko 40 proc. głosów (w porównaniu z rokiem 2015). Jednak w przypadku poszczególnych kandydatów te straty (a czasami, choć rzadko, zyski) są różne.

Najwięcej w tych wyborach zyskała, w porównaniu ze swoim wynikiem z roku 2015, Edyta Tamošūnaitė – 4447 głosów czyli 220 proc. in plus. Zyskał również 1407 głosów (72 proc.) Zbigniew Maciejewski. W przypadku Edyty Tamošūnaitė przyczyna zysku wyborczego jest oczywista: była kandydatką na mera, „jedynką” na liście (w roku 2015 startowała z mniej widocznego 22. miejsca), była więc po prostu bardziej widoczna. Poza tym uchodzi za polityka umiarkowanego, jest jedną z nielicznych działaczek AWPL_ZChR-ZPL, która np. składa na Facebooku życzenia z okazji litewskich świąt państwowych. Skąd się wziął zysk Zbigniewa Maciejewskiego –  powiem szczerze – nie umiem wytłumaczyć.

Pozostali kandydaci stracili. Bardzo duże straty zanotowali kandydaci Aliansu Rosjan. Romualda Poszewiecka np. straciła 3018 głosów (46 proc.), Rafael Muksinow – 834 głosy (40 proc.). Jest to zrozumiałe, gdyż nastąpił odpływ głosów rosyjskojęzycznych wyborców na korzyść Uspaskicha i Partii Pracy. Jednak stracili też i kandydaci-Polacy. Co najciekawsze największe straty (nawet w porównaniu z kandydatami-Rosjanami) zanotowali… polscy radykałowie słynący z ostrej antylitewskiej retoryki i wspierani przez endecję z Polski: Renata Cytacka straciła 1934 głosy (praktycznie połowę wyniku z roku 2015), natomiast nieoficjalny szef awupeelowskiej propagandy Jarosław Kamiński stracił aż 77 proc. (5808 głosów)!

Najmniejsze straty zanotowali tzw. liberałowie: Grzegorz Sakson stracił (w porównaniu z rokiem 2015) zaledwie 148 głosów (7,5 proc.), Artur Ludkowski stracił więcej – 548 głosów (25 proc.), zaś wśród nich procentowo najwięcej  – 30 proc. i 512 głosów – stracił Waldemar Szełkowski. Natomiast około 10 proc. zyskał umiarkowany Edward Trusewicz.

Nie analizowałem wyników w rejonach, gdyż nie znam się na specyfice poszczególnych lokalnych kandydatów. Jednak pobieżny rzut oka raczej potwierdza tendencje wileńskie. Zaryzykuję więc stwierdzenie, które zabrzmi paradoksalnie, gdy się uwzględni fakt, iż „liberałowie” tym razem nie trafili do Rady Miejskiej Wilna: najbardziej stracili ci, którzy od lat opowiadają się za konfliktem z Litwinami i prokremlowska orientacją, najmniej stracili (a nawet w niektórych przypadkach zyskali) działacze, którzy opowiadają się za porozumieniem, kompromisem i umiarkowaną polityką. Być może to jest odpowiedź na to, jakim tropem powinna pójść AWPL-ZChR, jeśli marzy o sukcesie w wyborach sejmowych 2020 roku…

Koniec epoki „spadochroniarzy” na Wileńszczyźnie

Nikt inny tylko Radczenko i Klonowski przez swoje samolubstwo pozbawili mandatów naprawdę doświadczonych i oddanych naszym sprawom Polaków, Ludkowskiego i Saksona” – twierdzi na łamach kresy.ru Renata Cytacka. Najwyraźniej ani jej wiedza matematyczna, ani politologiczna sie nie polepszyły od czasów, gdy piliśmy z nią piwo w Ejszyszkach i narzekaliśmy na Tomaszewskiego, Palewicza i AWPL. Radczenko i Klonowski zdobyli w tych wyborach na spółkę 2 tysiące głosów. To jasne jest cios w polsko-rosyjski blok, ale nawet jeden mandat w Wilnie to blisko 3,5 tysięcy głosów, a nie 2 tysiące. Gdyby to była jedyna strata głosów, jaka dotknęła AWPL-ZChR, mogliśmy co najwyżej dziesiątemu na liście Edwardowi Trusewiczowi zaszkodzić w zdobyciu mandatu, a nie Ludkowskiemu i Saksonowi. Już bardziej im zaszkodził Mackiewiczgate i paranoiczne bicie narodowej piany przez sama Cytacką, które odstraszyli liberalnego polskiego wyborcę od bloku Tomaszewskiego. Zresztą Cytacką można zrozumieć: ona w Wilnie straciła połowę głosów (zdobyła 1943 wobec 3877 w roku 2015; to nawet więcej niż straciła w Wilnie partia) i tylko o włos wygrała z Grzegorzem Saksonem, którego akurat wynik (w porównaniu z rokiem 2015) pogorszył się minimalnie. Tak czy inaczej porażka AWPL-ZChR w Wilnie jest kolosalna. Ponad 19 tysięcy (40 proc.) głosów mniej w porównaniu z rokiem 2015. I największe straty polsko-rosyjska koalicja poniosła w gminach tradycyjnie zamieszkałych w większości lub dużym stopniu przez mniejszości:  Nowa Wilejka — minus 11,8 punktów procentowych w porównaniu z rokiem 2015, Nowy Świat — minus 13,3 p.p., Grzegorzewo — minus 11,8 p.p., Ponary — minus 11 p.p., Karolinki — minus 10 p.p. Jednak równie interesujące zmiany zachodzą także tam, gdzie o zmianach nikt przed wyborami nawet nie marzył: w rejonach wileńskim, solecznickim, trockim, święciańskim. Dr Paweł Sobik z Fundacji Pobliża przygotował na ten temat szczegółową analizę statystyczną i chciałbym niektóre jej wyniki tutaj przybliżyć.

W rejonie wileńskim AWPL-ZChR straciła, w porównaniu z rokiem 2015, 2 mandaty i ponad 3 tysiące głosów (blisko 15 proc. in minus). Bardzo często nawet wnikliwi politolodzy analizując tę wyborczą porażkę polskiej partii akcentują jedynie zwiększający się udział ludności niepolskiej wśród mieszkańców rejonu wileńskiego. W rzeczywistości jednak nie jest to ani jedyny, ani – śmiem twierdzić — podstawowy czynnik. AWPL-ZChR straciła bowiem nie tylko w gminach zamieszkałych w większości lub w znacznej części przez Litwinów (np. w Awiżeniach – minus 7,5 p.p., w Pogirach – minus 11,9 p.p.), ale i w gminach tradycyjnie rdzennie polskich. I co interesujące w tych ostatnich straciła czasami więcej niż w gminach litewskich: w Kowalczukach – minus 14,8 p.p., w Suderwie – minus 10,5 p.p., w Miednikach — minus 14,5 p.p., w Niemieżu – minus 10,9 p.p.

W gminach litewskich zyskała centroprawicowa koalicja konserwatystów i liberałów, natomiast w gminach polskich — socjaldemokraci. Nie zważając na to, że lokalni działacze AWPL-ZChR-ZPL robili wszystko, żeby LSDP i jej rejonowego lidera Roberta Duchniewicza obrzydzić, zniechęcić do głosowania na nich. Znam przypadki, gdy nawet dzielnicowe komisje wyborcze nachalnie agitowały wyborców (podczas głosowania w domu) do postawienia krzyżyka przy AWPL-ZChR i Marii Rekść, a gdy wyborca odmawiał i domagał się wskazania, gdzie jest Robert Duchniewicz i LSDP, twierdzili, że… takich nie ma na liście! I nie zważając na te tricki i falę hejtu — Robert Duchniewicz w 11 z 23 gmin rejonu wileńskiego był drugi. A w Niemenczynie, Kowalczukach i Pogirach padło na niego około ¼ głosów. Jednym słowem wszędzie tam, gdzie opozycji udało się zapewnić odpowiedni nadzór nad procesem glosowania (szczególnie zapewnić obserwatorów podczas głosowań w domu, które dają AWPL-ZChR od lat około 10 proc. głosów in plus) oraz przeprowadzić sprawną kampanię wyborczą — wyniki są więcej niż zadowalające, zaś II tura w wyborach mera nie do uniknięcia. Zresztą do drugiej tury opozycji zabrakło tym razem już tylko 3 proc. Najwyraźniej rozumie to i lider AWPL-ZChR skoro zapowiedział, że będzie to już ostatnia kadencja Marii Rekść na tym stanowisku.

W rejonie solecznickim niekwestionowanym tryumfatorem wyborów mera został Zdzisław Palewicz z AWPL-ZChR. Co prawda sama polska partia w radzie samorządowej jeden mandat straciła, ale jest to jedyny okręg wyborczy, w którym AWPL-ZChR uzyskała lepszy o blisko 2 tysiące głosów wynik wyborczy niż przed 4 laty. W dużym stopniu dzięki temu, że opozycja tym razem wybory w Solecznikach zbojkotowała. Jedynie socjaldemokraci i Partia Pracy wystawiły tu swoje listy wyborcze.

W rejonie trockim AWPL-ZChR straciła nie tylko jeden 1 mandat, ale i blisko 700 głosów (w porównaniu z rokiem 2015 – 20 proc. in minus). Blok Tomaszewskiego zanotował straty we wszystkich gminach rejonu trockiego, z wyjątkiem Grendawy. O 400 głosów (w porównaniu z wynikiem Marii Pucz w roku 2015) mniej w bezpośrednich wyborach mera zdobył tu i kandydat AWPL-ZChR poseł Jarosław Narkiewicz. W rejonie święciańskim straty są mniejsze, ale również dotkliwe: 1 mandat i nieco ponad 400 głosów (17 proc.). Paradoksalnie AWPL-ZChR w święciańskim poprawiła swój wynik prawie we wszystkich gminach, z wyjątkiem tych… rdzennie polskim lub z przewagą polskiej ludności: Magun i Podbrodzia. Jeszcze bardziej dotkliwe są straty posła AWPL-ZChR Zbigniewa Jedzińskiego, jako kandydata na mera rejonu: w 2015 roku zdobył ponad 2300 głosów, w tym roku — zaledwie 1265.

Wszystkich zainteresowanych bardziej szczegółowa analizą odsyłam do pracy dr Pawła Sobika „Wybory samorządowe na Litwie – analiza powyborcza”. Jednak nawet przytoczone przez mnie liczby pokazują, że w zasadzie wszędzie poza rejonem solecznickim, AWPL-ZCHR zanotowała straty sięgające od 17 do nawet 40 proc. wyniku z 2015 roku. I praktycznie wszędzie opozycja zyskała. Szczególnie tam, gdzie nie bała się aktywnie wkroczyć na tereny dotychczas zarezerwowane do wyłącznych polowań wyborczych AWPL-ZChR. Mam na myśli przede wszystkim Roberta Duchniewicza i socjaldemokratów z rejonu wileńskiego, którzy zakończyli epokę „spadochroniarzy” w wyborach na Wileńszczyźnie — rozpoczęli swoją kampanię wyborcza nie 3 miesiące przed wyborami za pomocą listy przypadkowych przechodniów z łapanki, tylko 2-3 lata wcześniej, wciagając na listę znanych lokalnych liderów i nie tylko tworząc program oodpowiadajacy ludzkim oczekiwaniom, ale i na miarę swoich możliwości wcielając go w życie jeszcze przed wyborami.

Za 4 lata być może zakończa i epokę Tomaszewskiego.

Czy potrzebny jest jednolity antyAWPLowski front?

Pewien mój znajomy politolog jeszcze w styczniu tak skomentował wysyp polskich kandydatów w zbliżających się wyborach samorządowych:

Jak ma być alternatywa dla AWPL-ZChR to jedna. Choćby tylko na czas wyborów, ale jedna. Bo w sytuacji pewnego niezadowolenia z AWPL-ZChR i ożywienia polskich społecznych inicjatyw na Litwie, efekt rozproszonego udziału polskich opozycjonistów w wyborach będzie żaden i zły. Odbierze się trochę głosów AWPL –ZChR i ich osłabi, ale innych osób do polityki się nie wprowadzi, aby realnie coś mogli. Paradoksalnie najbardziej zyska na tym …. AWPL-ZChR. I to mnie wkurza i frustruje bo wiem że jeden front anty AWPL jest niemożliwy.

To, że nie jest możliwy jest pewne. Ja np. nie wyobrażam sobie wspólnego startu z Rajmundem Klonowskim, byłym/niedoszłym kandydatem Ruchu Narodowego do Parlamentu Europejskiego. Nawet jeśli jego poglądy na relacje polsko-litewskie stały się dziś bliskie temu, co sam głoszę od lat. Ale ja nie jestem w stanie wyobrazić np. i wspólnego startu z Jaunoji Lietuva, a niektórym polskim kandydatom to nie przeszkadzało wcale.

Uważam że Polacy, podobnie jak Litwini, Rosjanie, Żydzi, Białorusini czy Ukraińcy, mają różne poglądy polityczne. Jedni są socjaldemokratami, inni – liberałami, trzeci – konserwatystami. Są wśród nich nacjonaliści i są antyfaszyści. Jedni chcą deregulacji gospodarki, drudzy – większej roli państwa w gospodarce. Jedni są za bliższymi więziami państwa z Kościołem, inni za rygorystycznym oddzieleniem Kościoła od państwa. Jedni są za progresywnymi podatkami, inni – przeciw. Niby co takie osoby może połączyć w ramach jednej listy wyborczej? Hasło „Jesteśmy przeciwko Tomaszewskiemu”? Według mnie to i stanowczo za mało, i stanowczo zbyt głupie. Zyskałaby na tym najbardziej AWPL-ZChR, która mogłaby po raz kolejny narzekać, że wszyscy są przeciwko niej nie z powodu różnic ideowych, a dlatego, że jest akcją wyborczą POLAKÓW.

Bo tak na dobrą sprawę to właśnie AWPL-ZChR narzuciła nam narracje o tym, że tylko w jedności jest siła (jednocześnie sama tę jedność rozbijając – nie zapraszając na swoje listy niewygodnych dla Tomaszewskiego kandydatów). Oczywiście w jakichś wyjątkowych okolicznościach politycznych jestem w stanie wyobrazić wspólną listę polskiej opozycji, ale nie sądzę, że taki wspólny front jest potrzebny dzisiaj. W rzeczywistości potrzebujemy nie tyle sztucznej jedności, nieważne po stronie opozycji czy AWPL-ZChR, co bycia w każdej liczącej się sile politycznej, po każdej stronie przysłowiowej barykady i wymuszania na wszystkich ugrupowaniach akceptacji naszej agendy w dziedzinie praw mniejszości narodowych. Tylko wtedy zwyciężymy. I cieszę się, że ten postulowany przez mnie od lat scenariusz się urzeczywistnia.

Dlatego moje dalsze uwagi krytyczne wobec opozycyjnej działalności politycznej – nie formułowałem ich przed wyborami, aby nie przeszkadzać kolegom w kampanii wyborczej – nie dotyczą faktu alternatywnego kandydowania, a raczej jego formy i treści.

Po pierwsze, nadal jestem przekonany, że Polacy powinni startować z alternatywnych wobec AWPL-ZChR list wyborczych, tylko jeśli liderzy tych list traktują Polaków serio. I w sensie programowym (a więc wciągają polskie postulaty do programu i działaniami praktycznymi dowodzą, że traktują ten swój program poważnie), i w sensie miejsc na liście (oczywiście wszyscy nie mogą się zmieścic w pierwszej piątce-dzisiątce, jednak przynajmniej jedno-dwa polskie nazwiska tam być powinny). Wyjątki (jak np. Ewelina Dobrowolska, która ma szansę trafić do rady mimo iż startowała z miejsca 17) tylko potwierdzają tę regułę.

Po drugie, jestem zdania, że takie komitety jak Wileński Niedźwiedź nie tworzy sie na dwa-trzy miesiące przed wyborami, bez ludzi i kasy. Proszę spojrzeć na przykłady innych społecznych komitetów wyborczych – te zwycięskie były lansowane przez kilka lat przed wyborami, na ich listach są celebryci polityczni, sportowi, (show)biznesu. W ich kampanie wyborczej pompowano dziesiątki tysięcy euro… Prognozowałem Niedźwiedziowi na długo przed wyborami pomiędzy 3 a 5 tysięcy głosów. Zdobył mniej niż tysiąc. Mniej niż zdobyłem ja głosów rankingowych. Żal. Gdyby ta inicjatywa była przemyślana ciut lepiej niż niesławny PPL Maciejkiańca – mogło być ciekawie. Wyszedł natomiast i tym razem… „Miś na miarę naszych możliwości“. Dlatego z sympatią słucham zapowiedzi liderów komitetu budowy na jego bazie nowego ruchu społeczno-politycznego. Ale jakoś z trudem wierzę, że się uda. Z braku, wspomnianej już wyżej, bazy.

Wiem, że teraz wielu opozycjonistów, moich dobrych znajomych, na mnie się obrazi. Jabym jednak na ich miejscu nie obrażał się na lustro. W Wilnie Polacy stanowią około 16 proc. wyborców – jest to liczba całkowicie wystarczająca, żeby nawet 4 polskie listy przekroczyły samodzielnie próg wyborczy. Dlaczego udało się to tylko AWPL-ZChR oraz tym Polakom (jak Walery Stankiewicz z komietetu Zuokasa), którzy swojej polskości wogóle nie podkreślali, nie interesowali się sprawami mniejszości narodowych? To jest pytanie, które warto sobie zadać wszystkim opozycyjnym uczestnikom minionej kampanii. Szczególnie że widzę wśród nich i duży potencjał (potęga AWPL-ZChR się zachwiała nawet w rejonach), i nowych wyrazistych liderów. Na lewicy polskiej opozycji jest nim niewątpliwie socjaldemokrata z rejonu wileńskiego Robert Duchniewicz, który znacząco polepszył wynik LSDP w tym mateczniku AWPL-ZChR i jest coraz bardziej widoczny na scenie ogólnokrajowej. A na liberalnym skrzydle taką liderką może zostać prawniczka Ewelina Dobrowolska.

Co dalej z AWPL-ZChR? 

Waldemar Tomaszewski może sobie w nieskończoność zaklinać rzeczywistość i twierdzić, że także i w tych wyborach samorządowych osiągnął kolejny sukces, jednak prawda jest dla Wybitnego Stratega i Nieomylnego Przywódcy bolesna: jego partia poniosła klęskę de facto na całej linii.

W porównaniu z wyborami samorządowymi 2015 roku koalicja AWPL-ZChR i Aliansu Rosjan straciła ponad 30 proc. głosów! W 2015 r. na blok Waldemara Tomaszewskiego padło blisko 90 tysięcy i zdobył on 70 mandatów. W tym roku zaledwie 62 tysięcy głosów i 56 mandatów. Polsko-rosyjska koalicja straciła faktycznie wszędzie: w Kłajpedzie Alians Rosjan pozostał pod progiem wyborczym i po raz pierwszy od 20 lat nie będzie miał własnej frakcji, w Wilnie – o 19 tysięcy głosów mniej i stan posiadania spadł z 10 mandatów (a w roku 2011 AWPL-ZChR miała ich w Wilnie nawet 11) do 6, nawet w zamieszkałych przez mniejszości narodowe dzielnicach (Nowa Wilejka, Grzegorzewo) Akcja Wyborcza jest dopiero druga, w rejonie wileńskim – minus 2 mandaty i nieomal doszło do II tury w wyborach mera, w rejonach trockim i święciańskim – po 1 mandacie mniej, w Szyrwintach – bez mandatów. Ba, nawet w rejonie solecznickim, gdzie opozycja de facto nie istnieje i tylko socjaldemokraci oraz Partia Pracy byli w stanie wystawić listy – AWPL-ZChR straciła jeden mandat! W ciągu 4 lat – minus 14 mandatów (1/5 mandatów z roku 2015) i 28 tysięcy głosów!

 

Dwie przyczyny porażki AWPL-ZChR

W takiej sytuacji jeśli nie przewodniczący partii, to szef jej sztabu wyborczego powinien się podać do dymisji. Waldemar Tomaszewski – tak się składa, że pełni i jedno, i drugie stanowisko – do dymisji oczywiście się nie poda. Jednak wnioski wyciągnąć będzie musiał. Mnie się wydaje, że przyczyny historycznej porażki AWPL-ZChR – pomijając oczywisty fakt, iż partie ogólnokrajowe zwróciły tym razem większą uwagę na polski i rosyjski elektorat, zaproponowały atrakcyjną ofertę (nie tylko programową) i w wielu (jednak daleko nie wszędzie) miejscach na Wileńszczyźnie zapewniły skuteczny nadzór nad procesem wyborczym – są dwie: Uspaskich i Mackiewicz.

Wyborców-Rosjan zabrał AWPL-ZChR przede wszystkim Wiktor Uspaskich. To akurat przewidywali wszyscy obserwatorzy litewskiej sceny politycznej, w tym także i ja. Nikt nie przewidywał, że zabierze ich aż tak wiele. W 2015 roku Partia Pracy i Związek Rosjan w Wilnie zdobyli 11 tys. głosów, w tym roku – blisko 16 tysięcy. Tych 5 tysięcy dodatkowych głosów – to właśnie głosy zabrane AWPL-ZChR. Jeszcze bardziej ta ucieczka rosyjskich głosów jest widzialna na przykładzie wyborów mera – w 2015 roku Waldemar Tomaszewski zdobył w Wilnie blisko 38 tysięcy głosów, w tym roku jego protege Edyta Tamošūnaitė – zaledwie 10 tysięcy, natomiast Wiktor Uspaskich – 23 tysiące. Waldemara Tomaszewskiego wileńscy Polacy i Rosjanie jeszcze jakoś kojarzą, a „who da fak is” Tamošūnaitė tak i nie zrozumieli. 

 

Nie tylko ucieczka nadwyżki gieorgijewskiej

Jeszcze w roku 2012, po wyborach sejmowych, pisałem, że dalsze sukcesy Tomaszewskiego zależą od tego, czy uda mu się przekonać do siebie elektorat rosyjski. Przez jakiś czas wydawało się, że udaje, ale już wybory sejmowe z 2016 roku pokazały, że tzw. nadwyżka gieorgijewska – Rosjanie, którzy głosowali na AWPL-ZChR w proteście przeciwko antyrosyjskiej retoryce innych partii litewskich – od polsko-rosyjskiej koalicji się odwróciła. Można było to jeszcze traktować jako wypadek przy pracy. Pocieszać się, że w wyborach sejmowych AWPL-ZChR zawsze wypada ciut gorzej niż w samorządowych. Zwolennicy AWPL-ZChR twierdzili też, że stało się tak za sprawą braku w nazwie listy wyborczej słów „Alians Rosjan”.  Jednak wyniki niedzielnych wyborów rozwiały wszelkie iluzje na ten temat: nazwa Alians Rosjan jest, a tendencja spadkowa się utrzymuje. W wyborach samorządowych 2015 roku AWPL-ZChR zdobyła w skali kraju 7,49 proc. głosów, w wyborach sejmowych 2016 roku – 5,48 proc., w wyborach samorządowych 2019 roku – już tylko 5,23 proc. Biorąc pod uwagę, że w wyborach samorządowych AWPL-ZChR jest zawsze lepsza niż w ogólnokrajowych – wielce prawdopodobne, że polska partia w 2020 roku nie przekroczy progu wyborczego.

W Wilnie AWPL-ZChR straciła (w porównaniu do roku 2015) blisko 19 tysięcy głosów (ostatni raz tak zły wynik w stolicy polska partia miała w 2008 roku!), Partia Pracy zyskała 5 tysięcy. Kandydatka AWPL-ZChR na mera straciła 28 tysięcy (drugi najgorszy w historii startów partii w mieście Wilnie), Uspaskich zyskał – 17 tysięcy. Nawet moje zdolności matematyczne mówią, że ktoś poza Uspaskichem podebrał Tomaszewskiemu 10-14 tysięcy głosów z roku 2015. I tu się kłaniają polscy i rosyjscy kandydaci na listach partii ogólnokrajowych i społecznych komitetów wyborczych. Można oczywiście bagatelizować tysiąc głosów zebranych przez Radczenke, tysiąc zebrany przez Niedźwiedzia Wilnian, 1,5 tysiąca zebranych przez Ewelinę Dobrowolska czy 3 tysiące zebrane przez Walerego Stankiewicza, ale summa summarum oznaczają one jakiś 1-2 mandaty mniej dla AWPL-ZChR. I są to już w dużym stopniu straty w elektoracie nie tylko rosyjskim, ale i polskim.

 

Polski wyborca pozostał w domu

Bo u wyborców-Polaków nieprzyjemny osad pozostawił tzw. Mackiewiczgate. Uczestnictwo w kampanii wyborczej, obok wielu „plusów ujemnych”, ma jeden „plus dodatni”: spotykasz się z setkami ludzi i rozmawiasz. Praktycznie co drugi wileński Polak wyrażał w rozmowie ze mną niesmak z powodu sprawy Michała Mackiewicza. Zwykli wilnianie nie rozumieli dlaczego Partia i Waldemar Tomaszewski z taką zaciekłością bronią osoby, której prokuratura stawia poważne kryminalne zarzuty. Jeszcze większy niesmak budził fakt, że osoba ta „posłała na ch…” ambasadorkę Polski na Litwie.

Tak, „orle pióra” AWPL-ZChR mają rację – spora część tych wyborców nie oddała głosu ani na socjaldemokratę Radczenko, ani na niedźwiadka Klonowskiego. Oni po prostu zostali w domu. Ale AWPL-ZChR straciła przez to kolejnych kilka tysięcy głosów. Tych głosów zabrakło tzw. liberalnej opcji wewnątrz AWPL-ZChR-ZPL do zdobycia mandatów radnych. W wileńskiej Radzie Miejskiej będą tylko najwierniejsi z wiernych Wodza (Tamošūnaitė, Narwojsz, Szyszko, Maciejewski) i antylitewscy radykałowie (Cytacka, Poszewieckaja) – notabene w większość swojej to spadochroniarze spoza Wilna. Dotychczas Waldemar Tomaszewski „kupował” lojalność „liberałów” stanowiskami politycznymi. Teraz ma poważniejszy orzech do zgryzienia: jak utrzymać ich przy sobie, skoro lista AWPL-ZChR już nie daje żadnych gwarancji na mandaty, a mniejsze wpływy w radach samorządowych – szansy na polityczne stanowiska w administracji? Jeśli odpowiedzi nie znajdzie – za 4 lata zobaczymy już taką alternatywną wobec AWPL-ZChR polsko-litewską listę, z takimi nazwiskami, że partia Waldemara Tomaszewskiego będzie się cieszyła jeśli zdobędzie w Wilnie wynik podobny do tegorocznego wyniku socjaldemokratów…

 

Who’s next?

Po wyborach sejmowych 2016 roku, które były dla AWPL-ZChR pierwszym (zresztą całkowicie zignorowanym przez Wodza) sygnałem, że dzieje się coś złego, napisałem:

„(…) AWPL-ZChR znalazła się na rozdrożu politycznym. Może albo rozliczyć dotychczasowych liderów i zacząć się przekształcać w demokratyczną partię rzeczywiście wszystkich Polaków na Litwie, albo jeszcze bardziej się zamknąć w sobie, jeszcze bardziej zabetonować „jedność” i przekształcić się z biegiem czasu w polską wersję „Jaunoji Lietuva” – dosyć mocnego, ultraprawicowego ugrupowania regionalnego, ale bez żadnych wpływów na arenie ogólnokrajowej.”

Tomaszewski wybrał wówczas ten drugi scenariusz, AWPL-ZChR jeszcze bardziej zamknęła się w sobie, w nacjonalizmie i ultramontaństwie, a kult jednostki osiągnął nie bywałe rozmiary. I dziś ma o 14 mandatów i blisko 28 tysiące głosów mniej niż przed 4 laty. Dziś mogę swoje słowa z października 2016 roku powtórzyć. Dodając w zasadzie tylko jedno zdanie: „Jaunoji Lietuva” już praktycznie nie istnieje. Who’s next?…

Do trzech razy sztuka?

Biorąc pod uwagę, że Litewska Partia Socjaldemokratyczna nie przekroczyła w Wilnie progu wyborczego, powyborcze analizowanie mojej pozycji na liście chyba już nie ma dużego znaczenia. W piątek napisałem na Twitterze, że jeśli zdobędę dwa tysiące głosów rankingowych – to będzie olbrzymi sukces, natomiast jeśli poniżej tysiąca – to porażka. Zdobyłem tych głosów prawie dokładnie tysiąc. Biorąc od uwagę, że LSDP ogółem zdobyła w Wilnie zaledwie 8200 głosów, a rankingowała kandydatów niecała połowa wyborców – moją skromną osobę rankingował co czwarty wyborca LSDP. To lepszy wynik niż u jakiegokolwiek innego kandydata-Polaka na listach partii ogólnokrajowych i komitetów, a nawet lepszy niż u większości kandydatów na liście AWPL-ZChR.  I to nie zważając na kampanię czarnego PR i hejtu, którą rozpętała przeciwko mnie AWPL-ZChR. Tylu oszczerstw, kłamstw, wymierzonych w jedną osobę (moją, bo jakoś żaden inny Polak-opozycjonista czy nawet całe ich komitety i partie Wodzowi nie podpadli), Wileńszczyzna dawno nie widziała. Jestem dumny, że liderów „jedynej słusznej opcji” tak bardzo przeraził mój start w wyborach, skoro rzucili do atakowania mojej skromnej osoby tyle internetowych trolli i „orlich piór”, publikowali paszkwile przeciwko mnie na łamach wszystkich możliwych portali i gazet, rozpowszechniali w postaci ulotek. Ale głosów to mi nie dodało. Niestety kłamstwo powtórzone tysiąc razy, staje się dla wielu osób prawdą. Zresztą dostało mi się w czasie kampanii wyborczej i od tzw. polskiej opozycji.

Uważam swój wynik wyborczy za dobry. 997 głosów to więcej niż zebrali niektóre komitety liczące o kilkadziesiąt polityków. Nie udało mi się utrzymać na liście czwartej pozycji, ale nie spadłem też daleko w dół – ostatecznie wylądowałem na miejscu szóstym i udowodniłem, że moja wysoka startowa pozycja nie była fanaberią Paluckasa – takie zarzuty padały z ust niektórych socjaldemokratów – tylko wynikała z poparcia społecznego. Gdyby, zgodnie z oczekiwaniami, LSDP zdobyła 4-6 mandatów, tak czy siak w czasie tej kadencji radnym bym został. Tak więc moja strategia wyborcza była słuszna. Poza tym jako jedyny polski kandydat zawiesiłem na czas kampanii wyborczej wszelką swoją aktywność dziennikarską, publicystyczną w mediach. Zawiesiłem też członkostwo w moim najbardziej ulubionym projekcie – Polskim Klubie Dyskusyjnym. Może to i nie dodało mi głosów, ale uważam, że należy wyznaczać nowe, zdrowe trendy i w podwileńskiej polityce. Nie pchałem się do szkół i przedszkoli, rozdawałem ulotki na ulicach (tak pod kościołami także, ale nie pchałem się jak niektórzy kandydaci do zakrystii), uczestniczyłem w debatach, chodziłem po domach. Gdybym raz jeszcze kandydował – zmieniłbym w zasadzie tylko jedna rzecz: nawiązałbym bliższą współpracę z innymi Polakami i Rosjanami na liście, bo w tej kampanii niestety każdy z nas swoja rzepkę skrobał.

Czy żałuję swojej decyzji startu w wyborach samorządowych? Może trochę, ale jednak nie zamierzam z tego powodu rozpaczać, wyrywać resztki siwiejących włosów z głowy, obrażać się na cały świat, likwidować konta na Facebooku i zapadać się pod ziemię. Nie przerwę też ani swojej działalności publicystycznej, ani swojej działalności społecznej. I cieszę się, że dzięki mojemu startowi w programie wyborczym socjaldemokratów, którzy udowdnili, że są obecnie na Litwie partią nr 2, znalazły się wszystkie podstawowe postulaty mniejszości narodowych. A poza tym przekonałem się w  trakcie kampanii, jak wiele osób we mnie wierzy, czyta moje teksty, słucha mnie w radiu. Niektórzy twierdzą, że przyjaciół poznaje się w biedzie. Ja powiem inaczej: przyjaciół poznaje się w czasie kampanii wyborczej. Okazało się, że osoby z którymi widzimy sie od święta lub rzadziej – agitowały za mnie, rozdawały ulotki, zbierały podpisy, pomagały bezinteresownie. Jestem im wszystkim bezgranicznie wdzięczny. Zaś osoby z którymi od lat chodzimy co miesiąc na piwo – odmawiały pomocy. Poza tym wybory – to jednak potężna lekcja pokory, jak soczewka ukazują wszystkie twoje błędy, niedociągnięcia, słabe strony i zmuszają do wytężonej pracy nad sobą.

Raz jeszcze chciałbym podziękować tym, którzy nie zważając na nic oddali na mnie głos. W 2002 roku, gdy po raz pierwszy wziąłem udział w wyborach samorządowych, zdobyłem 191 głos rankingowy. Teraz, gdy wystartowałem po raz drugi, tych głosów już jest grubo ponad pięć razy więcej. W tej chwili nie mam żadnego zamiaru brać dalszego udziału w jakichkolwiek wyborach (bo uważam że jako ekspert mogę zrobić w polityce więcej), ale mądrość ludowa twierdzi, że po pierwsze, nigdy nie mów nigdy, a po drugie,  do trzech razy sztuka, więc jednocześnie nie wykluczam, że być może kiedyś, raz jeszcze, wyborczego chleba spróbuję. Nie dla samego uczestnictwa, a dla wygranej!

Garść refleksji powyborczych

To była niezwykle interesująca noc powyborcza – pełna tak pozytywnych, jak i negatywnych niespodzianek. Trudno w tej chwili napisać całościową analizę I tury wyborów samorządowych na Litwie, więc wrzucam jedynie garść refleksji „na gorąco”.

Po pierwsze, jeszcze przed wyborami AWPL-ZChR zamówiła na wtorek (5 marca) w kościele pw. Ducha Świętego w Wilnie mszę dziękczynną „za pomyślny udział i sprawna kampanię wyborczą”. Sęk w tym, że dziś nie za bardzo ma za co dziękować. Na długo przed wyborami pisałem, że wynik wyborczy bloku Waldemara Tomaszewskiego będzie gorszy niż przed 4 laty: polski wyborca jest zniesmaczony skandalami z udziałem działaczy AWPL-ZChR-ZPL, rosyjski zaś nigdy nie traktował polskiej partii jako swojej i już w czasie wyborów 2016 roku dało się odczuć, że zaczyna rozglądać się za kimś nowym. Jednak przyznaję, że nie spodziewałem się, iż klapa wyborcza będzie aż tak potężna. AWPL-ZChR poniosła historyczną, rzec można, porażkę na całej linii. W swoim mateczniku, rejonie wileńskim, straciła dwa mandaty, w rejonie solecznickim – jeden, natomiast w Wilnie – aż cztery. W 2015 roku w Wilnie AWPL-ZChR zdobyła ponad 38 tys. głosów (prawie 18 proc.), w tych wyborach wynik jest o prawie połowę gorszy – 19 tys. (niecałe 10 proc.). Jeszcze gorzej wygląda sytuacja wileńskiej „lokomotywy” AWPL-ZChR Edyty Tamošūnaitė, która w bezpośrednich wyborach mera litewskiej stolicy zdobyła o połowę mniej głosów niż lista partyjna – ok. 10 tys. (4,9 proc.) i cztery razy mniej niż Waldemar Tomaszewski w roku 2015. Tak fatalnego wyniku wyborczego w Wilnie polska partia nie miała od roku 2007. Jestem pewien, że Tomaszewski oskarży o tę porażkę Polaków kandydujących z ramienia innych ugrupowań i komitetów, jednak w rzeczywistości nawet udział w wyborach w Wilnie polsko-litewskiego, alternatywnego wobec AWPL-ZChR „Niedźwiedzia Wilnian” nie miał na wynik polskiej partii większego wpływu. Głosy AWPL-ZChR zabrali przede wszystkim Wiktor Uspaskich i Partia Pracy, którzy odrodzili się jak feniks z popiołów. Uspaskich w wyborach mera uplasował się na pozycji trzeciej, zaś Partia Pracy (idąca w nieformalnej koalicji ze Związkiem Rosjan) zdobyła w Wilnie prawie 8 proc. głosów, minimalnie ustępując AWPL-ZChR.

Po drugie, społeczne komitety wyborcze wcale nie namieszały na wileńskiej scenie politycznej tak bardzo, jak prognozowali politolodzy. Żaden z nich nie przekroczył 4 proc. progu wyborczego. Jedynym wyjątkiem jest Drużyna Remigjusa Šimašiusa „Za Wilno, z którego jesteśmy dumni”. Ale komitet Šimašiusa trudno nazwać społecznym komitetem wyborczym sensu stricte. To raczej wileńskie struktury partyjne Ruchu Liberałów (a właściwie nowej partii liberalnej, tworzonej na ich ruinach przez Aušrinė Armonaitė), które na potrzeby kampanii samorządowej przybrały postać komitetu. Bardzo cieszę się, że do Rady Miejskiej Wilna nie dostali się nacjonaliści zamaskowani pod społeczny komitet wyborczy „Wspólnotowe Wilno”. Nie cieszy natomiast spektakularna porażka, którą poniósł przy okazji polsko-litewski komitet wyborczy „Niedźwiedź Wilnian”. Jeszcze w grudniu ub.r. prognozowałem mu pomiędzy 3 a 5 tysięcy głosów. Okazało się, że byłem tak samo niepoprawnym optymistą, jak i w przypadku AWPL-ZChR. „Niedźwiedź” zdobył… tysiąc głosów (0,45 proc.). Podobny wynik osiągnął i kandydat tego komitetu na mera Wilna – Rajmund Klonowski. Nawet kabaretowa (jak wtedy się wydawało) Polska Partia Ludowa Ryszarda Maciejkiańca zdobywała w swoim czasie więcej.

Po trzecie, zgodnie z przewidywaniami do drugiej tury w Wilnie trafili Remigijus Šimašius i Artūras Zuokas. I prawdopodobnie na kolejną kadencję merem pozostanie Šimašius, co mnie osobiście cieszy. Są sprawy, w których się z nim różnimy, ale generalnie uważam, że jest to najlepszy mer, jakiego Wilno miało o odzyskania przez Litwę niepodległości. W ogóle muszę przyznać, że pogłoski o śmierci politycznej Šimašiusa okazały się wielce przesadzone. Najwyraźniej jego pragmatyczna, wyważona polityka – bez skandali korupcyjnych i utopijnych projektów (bardzo często to są naczynia połączone) –  przypadła wilnianom do gustu. Jego komitet wyborczy polepszył wynik Ruchu Liberałów sprzed czterech lat i zdobył 17 mandatów w Radzie Miejskiej Wilna (w 2015 r. miał 15 radnych). Trzymam kciuki, żeby wśród tej siedemnastki znalazła się także Polka, szefowa Europejskiej Fundacji Praw Człowieka Ewelina Dobrowolska.

Po czwarte, no i at last but not at least o koszuli, która najbliższa ciału. Wynik LSDP – to chyba największy paradoks tych wyborów samorządowych. Generalnie na Litwie pod względem oddanych głosów i wywalczonych mandatów Partia Socjaldemokratyczna jest na miejscu trzecim, tuż za społecznymi komitetami wyborczymi i konserwatystami (m.in. zdobyła dwa mandaty w rejonie solecznickim i znacząco polepszyła wynik w rejonie wileńskim zdobywając 4 mandaty). Jednak w dużych miastach LSDP przegrała z kretesem, prawdopodobnie jej wyborców przejęli tutaj „zieloni chłopi”. w Wilnie, Kownie i Kłajpedzie socjaldemokraci nie przekroczyli progu wyborczego. Dla mnie osobiście, oczywiście, najbardziej bolesna jest porażka LSDP w Wilnie, gdyż kandydowałem w stolicy z listy tej partii. Widząc wyborczą kuchnię LSDP od wewnątrz – miałem już od dłuższego czasu obawy, że wynik może być zły. Nigdy jednak nie przypuszczałem, że będzie aż tak fatalny – dwa razy gorszy niż przed 4 laty –  8 tys. głosów, 3,82 proc. Do przekroczenia progu zabrakło naprawdę niewiele – około 500 głosów. Ale zabrakło. Obawiam się, że może to mieć duży wpływ na szanse obecnego przewodniczącego LSDP w staraniach o reelekcję. A to właśnie Gintautas Paluckas był siłą sprawczą, która przywróciła socjaldemokratom lewicowy charakter i otworzyła na postulaty mniejszości narodowych. Czy ta linia programowa będzie kontynuowana bez niego? Teoretycznie tak, praktycznie mam co do tego spore wątpliwości. I to jest chyba dla mnie największa porażka w tych wyborach…